RSS
 

ŚMIETNIK EMOCJI 2016/17

13 mar

Rozrzucam te przeklęte świstki, kiedyś dumę, po pokoju. W tle ckliwy głos czeskiej śpiewaczki-samobójczyni. Z niepokojem pytam – gdzie te sukcesy, będące społeczną normą? Ile jeszcze pokuty?
To nawóz, ale pod jaki zasiew?
Chodzę i pytam. Chodzę i pytam.

Z moją prezencją zażądam od razu 5 tys. na rękę. Ale założę brudne balerinki, by podkreślić chłopskie pochodzenie.

Czytam, co uknuli nam pisowscy „eksperci” w dziedzinie edukacji. Przed oczami wyświetliły mi się opustoszałe mury dwóch pilskich gimnazjów, w tym jednego, z którym wiążę miłe wspomnienia pierwszej pracy w szkole. Widzę, jak grono nauczycieli podziela mój los, wychodzi z torbami, odchodzi w nicość. Polską szkołę zasiedla chaos programowy i jedyna słuszna ideologia. Rośnie nam katolicko-patriotyczna młodzież z wydążonymi mózgami. Do dziś przeklinam fakt, że jako dziecko niemogące zabrać głosu w sprawie profilu kształcenia, muszę douczać się języków obcych we własnym zakresie (ach, te dwie religie tygodniowo od kołyski aż po maturę, a w liceum tuż po modlitwie żarcie chipsów i durne pogawędki w towarzystwie rubasznego klechy). Pojawiło się we mnie przeświadczenie, że to, co wartościowe, wyniosłam z uniwersytetu. Samoświadomość i wolność myślenia. Do teraz nie powołałam do życia kolejnego obywatela, wyrobnika polskiej szkoły. Naprawdę nie chciałabym dla niewinnego dziecięcia socjalizacji pod przewodnictwem pani spod znaku krzyża oraz wiary w to, że trzy godziny historii tygodniowo i dwie religii będą nowemu obywatelowi niezbędne podczas ponadczterdziestoletniej pracy zawodowej. Otworzyć się na świat. I być tak otwartym aż do ostatecznego zamknięcia powiek.

1 października. Aż dotąd dobrnęłam, w tym jakże pozbawionym sukcesów roku. Miłość sobie wynalazłam w 2015.
Bywały momenty, kiedy zakochiwałam się w sobie, zachwycałam się swoim szczęściem, że przecież całkiem dobrze wyglądam, intelekt mam bardzo sprawny, osiągałam to, co chciałam, urok osobisty też był. Rodzina jest, facet jest. A teraz? Nie potrafię wypowiedzieć się na piśmie w sposób typowy dla mnie, czyli finezyjny. Wszystko mnie nudzi, zniechęca. Zostało mi jakieś 400 zł na życie. Jestem wykształconym bankrutem bez prawa jazdy, mieszkania, męża, pracy. Zastanawiam się, kiedy nadejdą sukcesy. Cały czas pamiętam o tym, że sami sobie na wiele zapracowujemy, jednak co ja mogę? Wysyłam te CV, tu się spóźniłam, tu robota gówniana, tu się nie odzywają. Staję się coraz bardziej smutna i rozdrażniona. Nie chce mi się sprzątać, nie chce mi się czytać, uczyć języków (z angielskim się zmusiłam, zapisując się na kurs). Nie wiem, dokąd iść.
Wmawiałam sobie, że jestem utalentowana i mam wielki potencjał, że skuszę jakiegoś pracodawcę na urok osobisty, w ogóle – moją złożoną osobowość.
Ciągle czekam. Nie mam się czym pochwalić nawet przed samą sobą. Miesiąc zmarnowany, bez dochodów, a zaraz 29. urodziny, w których powiem sobie, że na nic mnie nie stać, niczego sobie nie wypracowałam oprócz 4 dyplomów z uniwersytetów plus rok na Erasmusie, trochę ponauczycielkowałam, znalazłam docelowego faceta po beznadziejnym zapychaczu, którego nie wiadomo po co sprowadziłam tutaj.
Czuję cholerny dysonans między tym, czego chcę, na co sobie zapracowałam, a tym, co ostatnio otrzymuję. Cieszę się drobiazgami (angielski, korepetycje), jednak to nie to, co pozwoli mi zamieszkać u siebie, mieć poczucie stabilizacji życiowej, zdobywać dalsze umiejętności (prawo jazdy), wziąć ślub (już nawet o tym nie marzę, bo nie mam za co…). W moich planach nie ma miejsca na potomka (egoistka? eee, to mi spieprzy plany i będzie kolejnym problemem, nie teraz na to czas).
Nie wiem, dokąd mam się zwrócić, co mam zrobić, choć przecież robię, co mogę. Jestem załamana. Mam teraz PMS, bywam nieznośna, a wczoraj wszystko leciało mi z rąk. Tak jak wyzbyłam się płaczliwości, tak teraz znowu zaczynam. Wołam, pytam, gdzie jest ta dobra passa, gdzie ten uśmiech losu, ile jeszcze mam czekać. Choć w tym życiu były nieoczekiwane zwroty akcji, tkwię w czarnej dupie, mając nadzieję, jednak męcząc się przeokropnie, nie znając kresu tego stanu. W głowie mnie się to nie mieści, że tak wykształcona, kreatywna i ambitna osoba musi żyć za stawkę, która nie wystarczy nawet na rachunki, że musi żebrac od rodziny i chłopaka. Marnuję swój potencjał, czas, i wściekłość mnie ogarnia, gdy czytam, jak bardzo temu państwu zależy na życiu poczętym. A co z dwudziestokilkuletnimi, widocznymi i jak najbardziej realnymi ludźmi, którzy żyją, bo już się urodzili, ale nie mają za co? Oskarża się ich o konsupcjonizm i roszczeniowość.
Chuj z tym życiem. Znowu jestem nieszczęśliwa. Mam ewidentnego pecha. Nic mnie nie cieszy, choć dostrzegam wartość małych spraw. Straciłam entuzjazm, wiarę, a jak bardzo muszę siebie i innych oszukiwać, że jeszcze je mam.
Ile jeszcze?
Ile, kurwa?!
Robiłam wszystko, żeby zapobiec tej sytuacji i piszę teraz pamiętnik swojej lekcji. Pierdolę życzliwe głosy, że na dobre mi to wyjdzie. Zawsze byłam tak sumienna, jak trzeba było.
Ile?
Ile jeszcze??????????????????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

I poszłam sprzedać tanio czas na wysypisku kiczu. Czynię jednak cenne obserwacje socjologiczne. Polacy śmierdzą smażeniną bądź zatęchłymi papierosami. Lubują się w tworzywach sztucznych, gust mają mało szlachetny i niewyrobiony. Uśmiechy różne. Zadowalają się tym, co pod ręką. Nie stosują kryterium oryginalności. Między nimi udaję, że jestem jedną z nich. Chodzę w chińskich dziurawych tenisówkach, w za dużym swetrze i zachwalam buty zimowe za 39,90 zł. Pamiętam, skąd przyszłam, dlatego mentalnie już tam nie wrócę. W czasach licealnych i wczesnostudenckich kupowałam skajowe kozaki i przykrótkie bluzki za 15 zł. Milczę w tym towarzystwie, że na zimę mam skórzane granatowe kozaki, ramoneski ze szlachetnego zamszu, torebki Wittchen i perfumy za jedną czwartą najniższej krajowej pensji. Że na Święto Zmarłych chodzę w kapeluszu i czarnym płaszczu z wełny. Przewróciło mi się w głowie? Nie, ja używam rzeczy, które niegdyś były wykonywane tylko z naturalnych surowców. Wraz z nastaniem epoki niedoborów, a potem raczkującego, zakompleksionego kapitalizmu, hulający wiatr ze wschodu przywiał nam gumę i plastik. Efemerydy, simulacra. Towar, który udaje, że jest towarem, bo w rezultacie nigdy nie istniał. Jak zorza polarna zapala się i gaśnie, w rękach naszych. Pamiętam, jak w młodości głodna byłam rzeczy. Teraz jest ich za dużo. Kolekcjonuję jakość i wspomnienia.
Nie chciałabym wejść do domu moich klientów.

Przebudzenie późnym wieczorem. W tle „Jaki był ten dzień, co darował, co wziął”. Mam chaos w głowie, nie mogę przespać nocy. Coś dziwnego wdraża mi się w życie, dokonuje się rewolucja i czuję strach przed śmiercią. Nie wiem, czy sprzedawać swój czas 40 godzin tygodniowo za 1350-1550 zł. Nie chcę. Co jednak mnie przymusza? ZUS i jego składki. Bo boję się, co powie mama – jak można nie być ubezpieczonym, że to nieodpowiedzialne. Czuję jednak, że moje życie jest cenniejsze, że nie chcę go sprzedać za rachunki i żywność. Lęk przed śmiercią ma spory związek ze sprzedażą czasu. Czuję tykający zegar dni, bo już za 5 dwudzieste dziewiąte urodziny, ostatnie dwudzieste. A nie tak miało być, nie to planowałam. Jakże inne jest wszystko niż rok temu. 17 października pojawił się Cozy. Symultanicznie okazało się, że donikąd prowadzi relacja z panem M. Nie zapomnę koncertu Turbo, niedopitego piwa w PT i zaśnięcia na łóżku na Ludowej. Rozmów do południa. I koncertu Cozy’ego tydzień później. Wyjścia do teatru w kapeluszu w połowie listopada. Spotkania w Misiu na godzinę przed spektaklem. Wtedy on się zakochał. Nie zapomnę rozmowy przez FB, gdy jeszcze pan M. był obok. Dałam się zaprosić na urodziny do PT, wróciłam o 6 rano. Na pożegnanie objął mnie i wiedziałam, że to nie był zwykły uścisk. 1 grudnia, w jego urodziny poczułam, jak instaluje się we mnie, jak rozchodzi się we mnie to miłe ukłucie, następuje paroksyzm uczuć. Podjęłam SMS-ową korespondencję. Wypiłam podkradzione M. whisky. Zasnęłam pijana, by zwalczyć ten szał emocji. 3 grudnia doszliśmy do wniosku z panem M., że to koniec. Wyszedł do pracy, a ja spędziłam noc, korespondując otwarcie z Cozym. Już 4 grudnia po piwie w Tequili i imprezie u Młodych na Podlasiu zasnęliśmy razem już wiedząc, że będziemy parą. Zaczął się czas wielkiej miłości. Niedosypiałam, nie wracałam na noc do domu, godzinami rozmawialiśmy. Dzieciaki w szkole zauważyły, że chodzę zmęczona, nieswoja. Pan M. miał się wyprowadzić. W Boże Narodzenie kupiliśmy whisky – Bushmillsa. Okazało się, że wszystko ze mną w porządku. Od stycznia bam! Zwolnią mnie. Od tej pory zakochana, pełna planów, załamałam się. Popadłam w paranoję – mam plany, wielkie, słuszne plany, wszystko mi zaburzą, chcą zabrać choćby ten skromny dochód, dzięki któremu byłam samowystarczalna. Po raz pierwszy poszłam na L4. Miesiąc później po raz kolejny. Odporność spadła, zrodziły się marazm i apatia. Gdy nadeszły pierwsze słoneczne dni, w okolicy Wielkanocy i otwarcia sezonu żużlowego, nastąpiły wielkie kłótnie. 24 czerwca pożegnałam pracę w szkole, a oficjalnie przeszłam na urlop wypoczynkowy. Wiele planów nie wyszło, nie porozumieliśmy się z Cozym. Pojechaliśmy spontanicznie do Jarocina. Była dobra impreza. A potem ciągle piłam i włóczyłam się, kolekcjonując noclegowiczów po udanym pijaństwie. I cios. 22 sierpnia loguję się do e-dziennika, żeby oficjalnie być pożegnaną i dowiedzieć się, że od teraz moje życie się rozwlecze, rozleje jak żółtko z białkiem podczas przygotowywania jajecznicy. Przez łzy wysyłałam CV. Wysłałam zgłoszenie do profilu Poprawnej polszczyzny na FB, by podjąć z nimi współpracę. Wysmarowałam teksty próbne o narzędniku sprawcy, drapaczu chmur, czasowniku „wyjść” w męskiej formie. Zgłosiłam się na korepetytora. Czułam się straszliwie upokorzona, rozrzucając po pokoju dyplomy, zaświadczenia, te świadectwa ambicji, godzin spędzonych na ćwiczenie umysłu zamiast na wdychaniu oparów kuchennych z garnkiem w dłoni i wlewaniu w siebie studenckiego alkoholu. Poczułam się upokorzona, że 1 września nie wpłynęła wypłata na konto, że nie mogę iść przywitać swojej klasy, kontynuować pracy z 4b czy 5a. Wypluta z systemu, z odłożoną kwotą, starłam się z pilskim rynkiem pracy. Zaniechałam kontaktów, szukałam sukcesu, swojego miejsca, pytałam – ile jeszcze? Dlaczego nie mogę sama siebie utrzymać, odłożyć na remont u Cozy’ego, a potem na ślub? Dlaczego został mi zabrany nawet ten ochłap? Wbrew pozorom, ceniłam sobie to, że mam dużo czasu dla siebie, nie nudziłam się, bo lubię żyć powoli, jednak brak środków do życia był jak zaciskająca się pętla. I zostałam beneficjentką PUP-u. Upupioną, z wpływem 300 zł na konto, ale dopiero 14. dnia miesiąca.
Kiedy po dłuższej muzycznej przerwie włączyłam BM, żartowałam sobie, że Szatan weźmie mnie pod swoją opiekę. I po chwili krystalizuje się współpraca z centrum korepetycji i jego promocją, Poprawna polszczyzna pisze, że zostałam wybrana spośród 200 chętnych osób do udziału w ich projekcie, a telefon dzwoni – co za wstyd dla Polaków – dostaję zaproszenie na spotkanie w sprawie pracy do… Chińczyka.
Dziś jestem po sześciu godzinach obsługiwania ludzi, wmawianiu im tandety i myśleniu, że zabrnęłam w ślepy zaułek, a oni i tak nie wiedzą kim jestem. Dziś jestem niewyspana po intensywnym wieczorze, spotkaniu ze Springerem w miejskiej bibliotece, piwie i cieście z kumplami (afterparty po spotkaniu autorskim), rocznicowym koncercie Turbo (i afterparty z muzykami u Yogiego). Nie daje mi spać niedokształtowanie losu, oblicze nierozwiązanych rozmów kwalifikacyjnych. Ale i tak już wiem, że chcę być żoną, panią domu (jestem pod ogromnym wrażeniem Chujowej Pani Domu!) i będę tą Hestią, freelancerką, która wstaje po 10, pisze na zamówienie, a wieczorami naucza prywatnie. Między zadaniami ma czas na poskładanie koszulek i umycie podłogi. Nie lubię pracować tak, jak wymyślił to ogół.
Dziś myślę, jak brakuje mi tych kilku godzin w szkole. ZUS-y srusy byłyby opłacone, choćby za sprawą jednej klasy, a resztę dnia mogłabym poświęcić na realizowanie zleceń i dzieł.
Dziś myślę, jak bardzo kocham Cozy’ego i wiem, że ta ciepła, artystyczna osobowość jest dla mnie największym szczęściem i oparciem. Czuję, po raz pierwszy z nadzieją na powodzenie, że w przyszłym roku założymy sobie obrączki i nie będzie już innej miłości. Zakończyłam swoje poszukiwania. Czuję, że chcę, by z tego związku powstało nowe życie. (Nadal nie cierpię tej całej otoczki z matkami, dzieciakami, ble). Chcę uczestniczyć w kształtowaniu nowej osobowości, obejmować naszą widzialną miłość i zachwycać się, że ma dokładnie takie same oczy jak on. Wychować małego, zbuntowanego rock’n’rollowca.
Boję się, że zaraz będzie trzydziestka, a ja mentalnie umrę przedwcześnie. Gdybym miała pieniądze, w poniedziałek pojechałbym na Behemotha do Poznania.
Co mi pozostało? Chaos w głowie, czekanie na dalsze sygnały od losu. W tym całym bałaganie, w tej całej nieokreśloności, jedno wiem – jego dom będzie moim domem, jego nazwisko dołączy do mojego nazwiska, jego miłość będzie moją miłością, jego dziecko – moim dzieckiem. Jego grób – moim grobem. Chcę zdążyć nażyć się jak najlepiej, jak najwięcej, by nie żałować, że sprzedałam swoje życie kapitalistycznemu diabłu, by pracować, pracować, a nie mieć czasu dla bliskich i moich namiętności i radości – książek, nauki, koncertów, eskapad.
Trochę mi lepiej, gdy to wszystko poukładałam.
„Wszystko wydaje się takie samo, a jednak inne jest wszystko”.
8 października 2016 r., tuż przed północą

Z tym życiem to w ogóle jest jakiś wielki problem. Pojawia się znikąd, nieoczekiwanie, nieświadomie wkracza w nieświadomego Ciebie, a potem? Co z tym fantem zrobić? Jesteś przecież podatnikiem. Z godnoscią ludzką. Podatnikiem z godnością ludzką. A kiedy już z niemocy i wkurwienia pytasz, ile jeszcze musisz znosić tego złego, co owo życie Tobie przynosi (choć doskonale pamiętasz i wiesz, że w dużej mierze jesteś kowalem swojego losu), nadal jesteś podatnikiem, ale z ludzką godnością. Celem i kresem wędrówki jest się nażyć i po tym nażyciu się nawet nie zrobi się bilansu, bo życie nieoczekiwanie i nieświadomie wykracza ze świadomego Ciebie. Pytam – ile jeszcze? Ile jeszcze będę czekać na dobrą passę, bo życie mija i marnuje się mój czas. Wniosków zdążyłam wyciągnąć całą masę. Ile jeszcze czekać?
(Wiecie co? Ja sobie kpię, pisząc o ludzkiej godności).

O Izabeli Łęckiej Prus pisał tak: „W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce życzliwe. Przychodziły jej na myśl słowa Pisma Świętego „W pocie czoła pracować będziesz”. Widocznie popełnili oni jakiś ciężki grzech, skoro skazano ich na pracę, ależ tacy jak ona aniołowie nie mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której największą pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu.”
I, kurwa, z czterema dyplomami z UAM-u (trzy oceny bdb i jedna db+), po ośmiu latach studiowania, jestem tym pokutującym grzesznikiem, co oprócz tego, że prywatnie uczy polskiego i pisze teksty do gazety, na fanpejdże czy na zamówienie, sprzedaje buty za gówniane pieniądze, żeby za to gówno mieć. Wypierdalać mi z tymi reklamami, pluszami na kartę, glukozowo-fruktozowym żarciem z Biedry i chwilówkami branymi po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że jest się zdziadziałym do reszty i można upaść niżej. Czasem myślę, że gdyby Piła nie wróciła do macierzy, mówiłabym po niemiecku. Żyłabym na prowincji Niemiec. Lepsza prowincja Niemiec niż prowincja Europy – to kartoflisko, z którego wyrastają jedynie głowy bogoojczyźnianych polityków – pokarm nasz powszedni. Pracowanie a zarabianie to dwie osobne sprawy i z tego zdajesz sobie sprawę dopiero wtedy, gdy jesteś już naprawdę dorosły.
A tu Masłowska: „Każdy wie że Polska głupi kraj, biedny i brzydki. Architektura brzydka, pogoda ciemna, temperatura zimna, nawet zwierzęta uciekły i schowały się w lasach. W telewizji złe programy, dowcipy niedowcipne, prezydent wygląda jak kartofel a premier jak kabaczek. Premier wygląda jak kabaczek, a prezydent jak premier. We Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy i nawet w Czechach są Czechy, a tylko w Polsce jest Polska. W Francji są bagietki, Anglii grzanki, w Niemczech bułki a w Polsce ciągle tylko ten chleb chleb chleb. W Francji jest bagietka, we Włoszech makaron a w Polsce do dziś je się nie wiadomo czemu te kartofle. We Francji wszyscy mówią po francusku, w Anglii po angielsku i tylko w tej Polsce wszyscy pierwsza litera pier druga do po polsku czego nikt nie rozumie. Ja to już od dawna zdecydowałam, że nie jestem żadną Polką tylko Europejką, a polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały mi po polskiej sprzątaczce. Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko Europejczykami, normalnymi ludźmi!”

To naprawdę czarny piątek
I tak patrzę na ten opustoszały plac otoczony blokami. To miasto jest tak anemiczne, że nawet historia stąd uciekła; Schneidemuhlu nie ma, nie ma nawet ekwiwalentu. Jest pustka, a o której ani śni się, żeby ją zabudować, ukształtować. To miasto bez przytulnych kawiarenek, efektownych latarni ulicznych czy gzymsów na murach.
I tak uzmysławiam sobie, że życiem jest tu bazar, jest promocja w Lidlu i Czarny Piątek w centrum handlowym, gdzie sklepy postanawiają opuścić marżę o kilka złotych jedynie, ku uciesze gawiedzi.
I tak coraz bardziej doskwiera mi jasne sprecyzowanie klasy społecznej tworzącej to miasto. Potrzebny tu jest sprzedawca, który nakłoni biednego pracującego do wydania pieniędzy na przedmiot w złym guście, bo takich tu ci u nas dostatek. Równie pożądany jest robotnik, dla którego sen jest sprawą absolutnie drugorzędną, bo gotowy jest, by od 6 rano pakować żarówki i po skończonym tygodniu pracy dzielnie iść podpisać nową umowę.
Mieszkam w mieście estetycznie niespełnionym, z kulturą dostępną od 80 zł wzwyż albo jej darmowym falsyfikatem; gdzie doznaję uczuć ambiwalentnych, doskwierających bezustannie, że przez 10 lat kształciłam i doświadczałam się w nauczycielstwie, a etatu nie ma, bo ten zabrany mi torcik pokrojono na stałych uczestników tej edukacyjnej biesiady. Niedługo kuchenne rewolucje i biesiadników znowu będzie mniej. Doskwiera mi bardzo, że robię to, co uwielbiam, bo piszę, bo wykładam lektury do matury, ale na koncie mam 3 złote.
Ja tak bardzo marzę o firance. Nowej kuchence. O tym, żeby zasypiając wiedzieć, że te cholerne pieniądze jeszcze leżą na koncie. Że mogę zaraz rzucić wszystko i pojechać podziwiać wrocławski jarmark świąteczny.
Promień słońca nie ma prawa teraz pocieszyć. To zapalę lampion. A chciałabym przeżyć to życie w poczuciu bezpieczeństwa i względnym dostatku, żeby światełko ze znicza nie musiało być kiedyś dla mnie ironicznym zamiennikiem pocieszającego, słonecznego promienia, po życiu, post factum.

No i jest. Boże Narodzenie. Niedowierzam po 12 dniach bezustannej pracy. I po wigilijnej wyprowadzce pozostałych w kawalerce rzeczy.
Chyba jednak nie spodobało mi się pójście po 22 w Wigilię na piwo.
A w Boże Narodzenie zgninął chór Aleksandrowa.

Marzenia?
Życzenia?
Aby facet był bezproblemowy. Kroku naprzód.
Stałej, godnej pracy i dostatku.
Prawa jazdy.
Wakacji.
Remontu.

I kończy się ta paskuda, wykoślawiona karykatura roku, podśmiewająca się ze mnie ironicznie.
Z rozrzewnieniem wspominam zeszłoroczny grudzień, pełen emocji, wybuch uczuć, te wszystkie imprezy, przełomy, działo się.
W tym roku wiele planów się pokrzyżowało. Ciągle goniłam króliczka i musiałam zadowalać się zajączkiem, ale wykonanym z masy czekoladopodobnej (też ma długie uszy i skacze).
Pierwsza połowa roku to ciągłe lęki (co to będzie?, co to będzie?), a druga – nawet nie melancholia, a ochłap cienia żywota (bo stało się, bo stało się). Życie wiodło się samo, mimo mnie. Ściągam mu lejce.
Ja wiem, że jestem niepoprawnym melancholikiem, małostkową idealistką. Muszę mieć poczucie kontroli.
Mam 5 życzeń na nowy rok. Takich bardzo przyziemnych.
A teraz życzę Wam przede wszystkim tego, żebyście mieli nie tylko odwagę żyć zgodnie z Waszą wewnętrzną harmonią, ale również nie pozwolili sobie stracić kontrolę. Wszystkiego najlepszego w 2017 roku!

Skandalem stała się dla mnie ciemność połykająca miasto w połowie dnia.
Zdobyłam zawód, by spotkał mnie zawód.

Z wiekiem opadają już nie ramiona, a kąciki oczu,
to nienasycenie staje się zupełnie obojętne.
I kiedy planujesz, i kiedy marzysz, stara prawda powraca. Nie bacz na system, nie bacz na normy, nie bacz na swój wiek.
Wartości nie ma i nigdy nie było, indyferentyzm na podium wszelkiej refleksji, domu nigdzie nie będzie, na plecach jedynie. Zacisznym kącikiem droga. Wciąż prosto, ale daleko stąd.
I kiedy kipi, bucha niepowodzeń kocioł, w końcu przypominasz sobie, że najlepiej ci było, gdy cynicznym buntownikiem byłaś, w wiecznej drodze, z książką w plecaku, głową otwartą, zafascynowaną uniwersytetem.
I czasu nie ma, czas nie istnieje, choć przeczą temu wszelkie zmarszczki, śmierci, zegary, bezpowrotność.
I najsmutniejsze jest nie to, że ponad dekadę poświęciłam na dwie niespełnione wartości, a intelektu dogasanie, karby obowiązków, które właściwie moją powinnością nie są.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

DOGASSANIE KAGANKA OŚWIATY

28 sie

Ależ mówię pani – proszę mnie stąd wykreślić i nie żegnajcie mnie nigdy więcej. Nie witajcie nawet. Żegnacie mnie i witacie co roku. Odbijacie jak piłeczkę. Jestem tym zmęczona.
Ja już sobie zafunduję jedną stałość. Choćbyście mnie wszyscy wciąż witali, żegnali w sposób chorobliwie powtarzalny, piosenki śpiewali, kwiaty wręczali, to ja i tak zedrę ten uwierający płaszcz i pójdę tam, gdzie sens sensów trwa – D. Cała reszta wobec tego marginesem jest. Kakofoniczny wianek dziecięcych wrzasków i piętra kartek pokreślonych to nie jest moje życie. A wciąż zakładam nowy wianek i piętra nowe tworzę. Ta historia nie ma końca. Tu i teraz. Są to koła. Absurdu.

22 czerwca 2016 r.

 

„Gorycz świata, nie wypijanego teraz piwa”

w kraju gdzie z okien spoglądają różowe główki storczyków
gdzie zwrot butelek jest przeprawą przez paragony a plastiki gniotą się i szeleszczą wszędzie
gdzie tysiąc pięćset jest ofertą
gdzie w tandetę powleczone są ubrania sprzęty i umysły
gdzie zbawienie coniedzielną mszą trzeba sobie wypracować
gdzie wędliny szyneczki i schabowe uśmiechają się w kuchniach lodówkach żołądkach
przyszło mi żyć

ja wiem że ucieczka stąd jest ucieczką przed samą sobą
że niefart gonić będzie z wściekle wyszczerzonymi zębami
nie zaznam spokoju w Berlinie czy pod Londynem
język zawsze będzie drżał z niepewności
tę bylejakość w której błądzę będę wytrwale karczować

o zmroku zasiadam z ciemnym trunkiem i z książką
zapomniałam że alternatywne życie jest tym prawdziwym
a to prawdziwe przeze mnie przeklęte wyparte niewygodne

nim porzucę skorupę niszczącego się ciała
poznam zakątki świata zinwigiluję umysły literatów
i czyste sumienie będę mieć że nie byłam na usługach kapitalistycznego diabła
to wszystko to tylko „nawóz! nawóz! nawóz! – pod jaki zasiew-?-”

Smutek i melancholię spoezjowano 22 sierpnia 2016 r. ok. 21.00

 

Degrengolada – to słowo brzmi jak nazwa napoju o fantastycznym owocowym smaku. Albo jak baśniowa wyprawa. Może lepszym słowem jest kuriozum. Tak poważnie i prawniczo brzmi. A synonimem tych słów jest polskie szkolnictwo.

Zapisano na ostatnim posiedzeniu rady pedagogicznej 26 sierpnia 2016 r.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

D.

05 cze

Od grudnia nie było zimy. Czasem zdarzały się burze z piorunami. Najwięcej słońca jednak. Wszędzie słońce. A my przez trawy wciąż się przedzieramy. Gdy przyroda i dzień usypiają, próbujemy wraz z nimi. Słońce co prawda regularnie znika za horyzontem, a my idziemy za nim. Kilka razy próbowałam tam dojść, ale bez Ciebie podążałam w złą stronę. Trzymając się za ręce, razem spadniemy z krawędzi świata, bo światło nas tam zawiedzie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

JESTEM BABA

28 lut

Jestem baba. Moje ostatnie zapiski trącą niedofinansowaną Poświatowską. Zewsząd emanuje miłość, miłość, miłość jako fundament egzystencji, pokarm dla ducha, którego i tak nie mam. Popędy zwane miłością konstytuują moje subiektywne poczucie spełnienia emocjonalnego. Jednakże emocjonalność mam nieco wykolejoną. W tle rozbrzmiewa „Man’s death in my eyes” Massemordów. Nie jestem w stanie przekonać się w pełni do innej estetyki muzycznej. Zwariowałabym z powodu życia w rytmie szkolnych dzwonków, umów na zastępstwo, pisków pacholęcych i przyprawionej gęby pedagoga. Z tego powodu jednym z moich ulubionych zdjęć jest wizerunek nauczyciela po godzinach, czyli w koszulce Let the World Burn, z piwem w ręku i widocznym zza rozwichrzonych włosów jednym tylko okiem.

Ostatnimi czasy znowu zaczęłam wspominać dymno-alkoholowe wieczory. Wysłałam Cozy’emu SMS o treści: „Wiesz… Muszę czasem pobyć sama w ciemności. Porozmyślać. Żałuję, że już nie pracuję z młodzieżą. Ta dzieciarnia mnie frustruje. Zatraciłam mistyczną część siebie, indywidualizm, chmurkę tajemniczości. Dawno nie nosiłam szpilek wypsikana kadzidłami, nie słuchałam BM, nie malowałam ust na kolor wina. Nic nie piszę. Nie mam inspiracji, bodźców, stałam się mniej dociekliwa. Kryzys rozwojowy. Za to odzyskuję seksualność. Zagryzę nie swoje, lecz Twoje wargi, chcę (…) czuć Twój intrygujący zapach. Nosić Twoją nagość jak ubranie”.

Lubię wracać w stanie lekkiego upojenia alkoholowego do kawalerki. I snuje się za mną Fille en Aguilles Serge’a Lutensa albo Sahara Noir Toma Forda. Lubię wonieć wiedźmą i kościołem. Rozmazywać sobie szminkę. Zdejmować czarne ubranie z koronką. Zasypiać w beztrosce i z butelką wody przy łóżku. Nie mniej, a jednak inaczej lubię noce z moim partnerem, którego uczynię mężem. Lubię, gdy tylko on sam jeden jest moim ubraniem. Gdy rozsiewa tytoniowo-słodką woń. Gdy wierci się przy mnie w łóżku.  Lubię nie pamiętać siebie przebywającej w pracy.

Napisano w środę, 24 lutego 2016 r.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

PUSTO TU

26 sty

Pusto tu, a jednak bałagan. Marcin się wyprowadził. Niestety przypadło mu w udziale bycie odtrutką po mojej nieszczęśliwej wieloletniej miłości. Trzy i pół roku dotrzymywania sobie towarzystwa, rok mieszkania razem. W tle „Łza dla cieniów minionych”. Przykro mi. Historia jest kolista.

Dziś siedzę w pustej kawalerce z bałaganem na łóżku. Próbuję poukładać ubrania, artykuły kuchenne. Mało ważne stały się dla mnie ostatnio rzeczy materialne. Przełom roku okazał się momentem przewartościowania. Do tej pory najważniejsi byli dla mnie bliscy – Hirki i brat, wcześniej babcia, nieżyjąca już od trzech lat. A miłość gdzie była? Została zdetronizowana. Na drugim miejscu znajdowała się wolność. Odczuwałam ogromną satysfakcję, nie mając obrączki na palcu, jeżdżąc na rowerze, chadzając na koncerty, wracając nocami, kupując sobie to, na co mam ochotę. Nie musiałam się spieszyć, spałam ile chciałam. Wielokrotnie byłam mylona z dwudziestodwulatką. Ja się tą wolnością wręcz chwaliłam, napawałam. Na trzecim zaś miejscu były wartości poznawczo-intelektualne – nauka, twórczość, podróże, czyli dociekliwość i ciągła chęć poznawania świata. I to we mnie zostało, ale nuży mnie już szkolna wiedza poza gramatyką, której uwielbiam nauczać.

A co jest teraz? Oddam wolność za Niego. Znowu czuję to, co przeżywałam jako siedemnastolatka. Żyliśmy blisko siebie. Inaczej. A jednak jesteśmy idealnym dopełnieniem siebie. Spotkani po latach umówiliśmy się na ślub. Mało to poważne. Szkoda nam czasu, aby czekać. Nie ma to nic wspólnego ani z desperacją, ani z brakiem rozsądku.

I mam teraz zostawić tę kawalerkę, pracę w szkole oraz wolność?

Zaczęłam odczuwać cienką granicę między życiem a śmiercią. Emocjonalny ekscentryk-gitarzysta i ja? Niech się dzieje, co chce. Wchodzę w to. Czego mam żałować? 28 lat wolności?

Napisałam dokładnie to samo, co ostatnio.

17 stycznia 2016 r.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

TE NOCE

31 gru

Ostatnia noc w tym roku.

Przede mną wiele pięknych nocy.

Mocne przekonanie, że w 2016 roku będzie narzeczony. Nie chłopak, nie konkubent, nie kochanek.

Wyrzuciłam 3 lata do kosza.

3 terapeutyczne lata. Dwa długotrwałe związki wiele mnie nauczyły. Mam niesamowitą przypadłość wyciągania wniosków z minionych zdarzeń.

Przez ostatni tydzień prawie nie spałam w domu.

W grudniu chodziłam spać po 3, wstawałam do pracy o 6.30.

Nie czułam smaku potraw.

Obowiązki przerzucałam po części na dzieci.

Pranie nieposkładane.

Entuzjazm, głęboka wiara w miłość.

Ostatniej nocy w Hamburgu przed trzema laty pani B. wywróżyła mi śmierć starszej bliskiej osoby, powrót do Piły i bliskość z rodzicami, drobne dochody i miłość. Wielką miłość, wyciągałam z kart same serca. Wylosowałam dwóch mężczyzn, do niedawna zastanawiałam się nad symboliką drugiego. Ta intrygująca, absurdalna historyjka przełożyła się na rzeczywistość.

On jest muzyką. Czuje ją całym ciałem, komponuje, uzależnia się.

Nie śpimy w nocy. Tematy niewyczerpalne. Tańczymy, oglądamy koncerty, słuchamy muzyki, pokładamy się ze śmiechu. W pełnym zachwycie sobą. Czuję dokładnie to samo, o czym zapomniałam na wiele lat. Ale jestem zdecydowanie mądrzejsza. Rozsądna. On wyczytuje z głębi mnie to, o czym zapomniałam. To niesamowite. Jesteśmy tak samo nielogiczni. Czekaliśmy i doświadczaliśmy się przez 12 lat, by ukształtowani zupełnie gdzieś indziej stworzyć jedną harmonijną całość. Jesteśmy pewni, że w dwudziestym ósmym roku życia musieliśmy na siebie trafić i wpaść na szalony pomysł.

Jak ja powiem mamie, że on będzie moim mężem?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

SZNUR W RĘKACH DIABŁA

11 gru

Cóż może być bardziej erotycznego od literatury – wnikanie w ludzkie umysły, w ich tkanki, w zindywidualizowane postrzeganie rzeczywistości (i nadrzeczywistości?)? To pamiętniki, o wiele ciekawsze niż zestaw losowo wybranych genów utrwalonych w nowym człowieku. Ludzie przychodzą, odchodzą, krążą, natrafiają na ciebie, znikają, pochłania ich ziemia, znowu się wyłaniają. Splot zdarzeń, urwane nici. Z kolei słowo zapisane jest trwałe.

Poplątana nitka doprowadziła mnie do Piły. I właśnie tutaj utrwalam niniejsze słowa. Mam przypadłość – ciągłe reminescencje. Moja refleksyjna natura, zaskoczona pojemnością ludzkiej pamięci i koniecznością oddalania tego, co było dawniej, bo przyrost wspomnień wciąż postępuje, wciąż trawi i poddaje osądom fakty i los. Nić losów bowiem przybrała postać koła. I tak oto zabrnęłam do czasów liceum, zdystansowana o 12 lat. Zaskoczenie na koncercie i słowa: „Kiedyś się  w niej kochałem”. Że co? Mamy 16 lat. I Gadu Gadu. Piszemy o beznadziei, wysyłamy emotki, wstydzimy się. Na ławce w parku na wyspie ja, wówczas wiecznie spłoszona, zatriumfowałam, mówiąc do internetowego kolegi i ucznia równoległej klasy: „Co siedzisz taki spięty?” Czułam lekką pogardę do niego, jak do wielu osób, które wówczas znałam, bo nie czytały książek, nie pisały i nie znały takich słów jak ja. A dziś? Zawodowo zarażam wiedzą i w piątkowe popołudnia wyganiam dzieci, które lubią przesiadywać z babą od polskiego (mną, w sensie). I na rzeczonym koncercie spotkanie po 12 latach. Nocne rozmowy, szlajanie się, śmiechy. Mówimy z perspektywy 28-latków o naszej gadu-gadowej znajomości. Już dojrzalsi, wyluzowani, bez pogardy. Kolega jest muzykiem.
I już nie kpię z jego licealnych dwójek na biol-chemie.

A gdzie w tym wszystkim jest Marcin? Nie umiem zdradzać. Marcin wciąż warzy piwa.

Ja koresponduję. Słucham Odrazy, Mord’A’Stigmaty i przeżywam.

Słowo jest trwałe, dlatego czasem mnie upokarza.

Mam 28 lat i nadal jarają mnie długowłosi chłopcy z zadymionych koncertów.  A ja długowłosa jaram długowłosych chłopców z zadymionych koncertów. Nigdy nie dorosnę.

W Pile, 27 listopada 2015 r.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

300 GÓWIEN Z MÓZGU

03 cze

Nie jest tak, jak chciałam. Albo inaczej – marzyłam. Albo jeszcze inaczej – idealizowałam. Gówno z mózgu, nierealne to, co w korzeniach, w żyłach, pierwowzorach. Wydalanie obejmuje jedynie przewód pokarmowy, skórę itd. A szkoda. Wyrzuciłabym chcenie – marzenie – idealizację. Piję, przykro mi, że tak rzadko. Utracone to, czego nie miałam. I ta bezpowrotność. I rozumu nie przeniesiesz do przeszłości. Tak mi przykro, bo czuję się, jakby już wszędzie czyhali na mnie unormowani ludzie i nic cudownego nie miało się zdarzyć. To nie kwestia realizacji marzeń, ale odtrutka od przegniłego umysłu, w którego zakamarkach fermentuje podświadomość.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

RZUĆ CZEKOLADĘ, IDŹ SIĘ NAWALIĆ. PORZUĆ POEZJĘ, PORZUĆ WIARĘ, IDŹ SIĘ NAWALIĆ!

19 gru

18-letnia masakratorka przyszłych teściów znana z mediów przypomniała mi, że kiedyś byłam – phi – poetką. Odgrzebałam dziś w archiwum swój ostatni wiersz. Chyba ostatni. Styczeń 2012. Nie ma poetki, jest cyniczny, niewrażliwy homo niedorosłus. Jednak mój wewnętrzny polonista mówi mi, że małolata (ja) ułożyła parę udanych kompozycji słów.

Teraz wszystko zdechło, zgasło, poszło się jebać. Proch i pył. Pył i proch. Wszystko cholernie racjonalizuję. W nic nie wierzę, nic nie tworzę. Pora iść się najebać. Dawno tego nie robiłam. Taka radosna i urocza wtedy jestem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

SŁUCHAJĄC „OPĘTAŃCA”

22 paź

Ta muzyka świetnie koresponduje z jesienną martwotą, która sprawia, że melancholizuję się po pracy. To moje życie podziemne po pracy w uładzonym społeczeństwie; w systemie pozorów i układania charakterów. Lubię wieczorami wkładać słuchawki i gnić tak radośnie. Chcę być kolekcjonerką wrażeń, dlatego kręci mnie bardziej słuchanie przesterowanych dźwięków i nihilistycznych tekstów rozprawiających się z wiecznie żywymi mitami niż mieszanie w garnkach. Teraz, jak już jestem „dorosła”, chcę sobie odbić stracone lata, w których miałam ambicje zostania perfekcyjną panią domu i bałam się świata. Zostawiam to. Jestem obrzydliwie wygodnicka i samolubna. Upajam się luzem nieznanym mi wcześniej. Trudno pojąć mi schemat, w którym funkcjonują współczesne polskie kobiety. Wciąż słyszę o zmęczeniu, braku czasu, dzieciach. Skoro biologia zastawiła na nas liczne pułapki (przypomina mi się tu rozkoszna debata nad gender), trzeba z pełną świadomością odrzucić ograniczenia. Z zachowaniem pełnej kobiecości przyjmuję styl życia faceta. W taki sposób stałam się szczęśliwsza.
Całkiem niedawno natrafiłam na słowa Kapuścińskiego: „Kiedy się śpieszysz, nic nie widzisz, nic nie przeżywasz, niczego nie doświadczasz, nie myślisz! Szybkie tempo wysusza najgłębsze warstwy twojej duszy, stępia twoją wrażliwość, wyjaławia cię i odczłowiecza”. Gardzę jałowością. Nie chcę spędzić życia na czynnościach mechanicznych i procesach fizjologicznych. Klasyk polskiego reportażu jest zatem autorem bardzo mądrych słów.
Delektując się październikowym wieczorem, nie skończę tych zapisków w odpowiednim kompozycyjnie momencie. Naszła mnie ochota, więc zrobię sobie herbatę.
Aha! I jeszcze jedno. Jestem obrzydliwym kłamcą. Ohydnym. Nauczam młodzież tego, w co sama nie wierzę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS